Do zamieszczenia tego wpisu natchnął mnie jeden z demotywatorów. Już wcześniej nachodziły mnie tego typu refleksje, ale dochodziłam do wniosku, że może przesadzam, że może zbytnio koloryzuje niektóre fakty. Chodzi mi właśnie o uprzejmość, czy w sklepach, czy w kasach dworcowych (podaje te miejsca, bo w Polsce to właśnie w nich raczej tej cechy nie uświadczysz). Kojarzycie te zasępione miny pań przy kasach, które nawet dzień dobry Ci nie powiedzą, no chyba, że Ty zrobisz to pierwszy, ale i tak z łaską odpowiadają. Wiem jak męcząca i mało płatna jest ta praca, ale to nie jest nasza wina, więc te trzy słowa (dzień doby, dziękuję, do widzenia) nie są chyba aż tak fatygujące, a naprawdę zmieniają nastawienie klienta. Tutaj czuję się “ważna” (a przecież moje zakupy zazwyczaj nie przekraczają 5 euro), wiem, ze jestem klientem i że to o mnie się dba. Wiem też, że to wszystko jest swego rodzaju chwytem marketingowym, ale tak czy owak muszę te zakupy robić, a oni mi tylko to uprzyjemniają.
Dzień siedemdziesiąty piąty, czyli strzeż się rowerzystów!
Rano zeszłyśmy na śniadanie, które nas miło zaskoczyło. Pozwoliło nam też zaopatrzyć się w prowiant na resztę dnia:) (nasz się już niestety skończył).
Ten dzień przeznaczyłyśmy (z braku innych możliwości) znowu na “łażenie’ po mieście. Ale Amsterdam w pełni zasługuje na więcej niż tylko chwilę uwagi.
Dzień siedemdziesiąty czwarty, czyli w mieście coffee shop’ów
Po czterogodzinnej jeździe autobusem dotarłyśmy do Amsterdamu. Tym razem nie zaczęłyśmy jak zwykle od zwiedzania miasta, bo najpierw trzeba było dojść do jego centrum, co nie było takie łatwe. Jak dotąd poruszałyśmy się pieszo, bo miasta, które zwiedzałyśmy nie wymagały innej formy transportu. Niestety Amsterdam, jak na stolicę przystało, okazał się dużym miastem i gdy po 20 minutach drogi okazało się, że mamy przed sobą co najmniej drugie tyle, zdecydowałyśmy zmienić strategię i zacząć poruszać się tramwajem.
Dzień sześćdziesiąty dziewiąty, czyli powiew bogactwa.
Niestety nie na moim koncie bankowym ani w portfelu:/ Ale standardowo w jednym z mniejszym państw europejskich, którego stolicę miałam przyjemność zwiedzić, a mowa tu o Luksemburgu.
Dzień pięćdziesiąty szósty, czyli rejs statkiem po kanale.
Następnego dnia, po zwiedzeniu Brugii, wybraliśmy się do Gandawy.